Klub Katowice PDF Drukuj


Anielin Fabera

Relacja więźnia nr 46962, z pięciu lat pobytu w piekle obozowym


 



Kalendarz Górniczy Kopalni "Ziemowit" 1986

Przeżyłem koszmar

Fabera
Anielin Fabera

Aresztowany zostałem na polecenie burmistrza gminy w Łąkach, w dzielnicy Stowki, w mieszkaniu moich rodziców. Burmistrz Kroczek, renegat polskiego pochodzenia, pracował w charakterze urzędnika kolejowego w Boguminie do końca sierpnia 1939 r. Nakaz aresztowania podpisany był przez trzech innych mieszkańców Łąk: Otto Türka pochodzenia niemieckiego, właściciela: młyna wodnego w Łąkach Wielkich, Seberę - pracownika kolei, Kuczerę górnika w kopalni węgla w Karwinie.

Powód aresztowania podany był bardzo lakonicznie: "fanatischer Pole" (fanatyk polski). Nazwiska wyżej wymienionych i powód aresztowania zdążyłem ukradkiem odczytać z moich akt w biurze politycznym obozu w czasie przesłuchań. Przesłuchiwał mnie oficer SS Habenicht. Tłumaczem był Stanisław Nogaj - były dziennikarz z Katowic - w obozie pisarz bloku 16.

Aresztowano mnie pod pretekstem przechowywania broni. Przeprowadzona rewizja nie dała rezultatów. Jednym z żandarmów był Austriak. Poznałem go po dialekcie. Drugi mówił źle po polsku, z akcentem czeskim, używając na przemian słów śląskich i języka czeskiego.

W obozie koncentracyjnym Dachau nie pracowałem. Przebywałem wraz z innymi więźniami polskimi na tzw. kwarantannie w bloku 10. Blokowym był Niemiec, nazwiskiem Gutmann. Odnosił się do Polaków poprawnie. Nosił czerwony trójkąt. Pomagał mi przy leczeniu dziąseł po zębach wybitych w czasie przesłuchania w gestapo karwińskim.

W obozie w Gusen I pracowałem od 6.VI.1940 do 7.XI.1941 r. w kamieniołomie Gusen i Kastenhofen jako tragarz (Steinträger) i jako kamieniarz (Steinmetz). Od 7.XI.1941 jako pisarz przy krematorium (Leichencapo) tj. dozorca zmarłych (nie byłem jednak więźniem funkcyjnym) do września 1942. Od tego czasu zatrudniony byłem oficjalnie w stolarni przy kamieniołomie Gusen I, a nieoficjalnie, na życzenie Wassnera i Hoffmana, jako pisarz krematorium. Dla zmylenia tożsamości, nosiłem w krematorium oznaczenie więźnia radzieckiego. Polakom nie wolno było pracować w krematorium.

Z całej załogi krematorium zostałem przy życiu jako jeden jedyny świadek. Jedyny świadek zbrodni, o których więźniowie w obozie wiedzieli. Krematorium miało swoje tajemnice. Wszyscy pomordowani musieli przejść przez ten końcowy etap. Tam musieli być zarejestrowani i zamienieni w dym i popiół. Tam zacierano wszelkie ślady skazańców w pasiakach, w ubraniach cywilnych i mundurach. W krematorium w Gusen spalono również trzy kobiety. Skąd pochodziły, jak się nazywały, nikt nie wiedział i prawdopodobnie nigdy się nie dowie. Przypuszczam, że były to również więźniarki z obozu oświęcimskiego, które zginęły w czasie transportu. Zwłoki były potwornie wychudzone, ale nie posiadały tatuowanych numerów - głowy strzyżone krótko.

Kapem krematorium był Niemiec nazwiskiem Schwendemann Józef, więzień z zielonym trójkątem. Jego stosunek do podległych mu pracowników i innych więźniów różnych narodowości był poprawny. Był zboczeńcem seksualnym, sprowadzał do krematorium młodych chłopców na noc. Płacił jedzeniem, którego miał w bród. Krótki okres czasu pracowali również w krematorium więźniowie narodowości niemieckiej: Franz Beuth, Bruno Weidemann, Alfred Möll i Rudolf Müller. Tak Franz jak i Bruno należeli do najgroźniejszych przestępców. Obaj byli sadystami bez skrupułów. Mordowali dla zabawy. Zabijali i dręczyli więźniów wszystkich narodowości, nie wyłączając z grona swoich ofiar Niemców. Zadawanie bólu innemu człowiekowi sprawiało im przyjemność. Pracowałem z nimi kilka miesięcy i nauczyłem się czytać z ich spojrzeń, każdy ich plan, każde zamierzone uderzenie. Bardziej przedsiębiorczy był Franz Beuth. On wyszukiwał ofiarę, a jego towarzysz Bruno wchodził w akcję, gdy ofiara została już częściowo obezwładniona ciosami prowodyra. Alfred M&¨ll i Rudolf Müller to postacie nieznane. Nie angażowali się w tzw. grubszą robotę. Byli uosobieniem ślepego poddaństwa. Nadskakiwali umundurowanym jak i innym więźniom funkcyjnym. Wszyscy wymienieni zostali do końca roku 1944 wywiezieni do innych obozów.

W lutym 1941 r., w czasie pracy w kamieniołomie, zostałem dotkliwie pobity przez więźnia funkcyjnego, Austriaka Alwiza. Kapo Alwiz znęcał się nade mną prawie godzinę. Chciał mnie za wszelką cenę zabić. Pozostała mi po nim "pamiątka" blizna wielkości dłoni na prawym podudziu. Ja przeżyłem. On zginął 5maja 1945 r. Widziałem jego zwłoki koło obozu Gusen II, gdzie był blokowym.

Uszkodzona kość goleniowa i ogólne potłuczenia zaciągnęły mnie w szeregi tzw. inwalidów. Zostałem zapisany na listę chorych nieuleczalnie, a tym samym skazany na niechybną śmierć przez uduszenie cyklonem w niewielkiej miejscowości Hartheim. Od transportu w zaświaty uratował mnie inny więzień funkcyjny z izby chorych, narodowości niemieckiej, z czerwonym trójkątem, komunista Sommer. Jako kapo izby chorych wstawił się za mną u komendanta obozu Chmielewskiego. Jego interwencja była skuteczna. W zamian za przysługę, musiałem mu namalować kilka obrazków dla jego "wybranki" z obozowego domu publicznego. Wiem, że moi przyjaciele zapłacili za mnie również papierosami i innymi atrakcyjnymi artykułami z różnych nielegalnych przemytów i transakcji. Skaleczona noga daje jeszcze dziś znać o sobie. Chorowałem w obozie dwukrotnie na dur brzuszny i na tyfus plamisty. Pozostałość po tej ostatniej chorobie to stałe dolegliwości nerek. Jak udało mi się wprowadzić w błąd doktora Kiesewlettera i uniknąć śmiertelnej jego strzykawki z naftą czy fenolem, opowiem w epizodzie o chorych na tyfus plamisty. Tajemnicę fortelu znał jeden tylko więzień, lekarz z Poznania, dr Feliks Kamiński.

Jestem chyba jedynym więźniem, który mógł namacalnie stwierdzić, że wywożeni inwalidzi do Hartheim na tzw. leczenie byli w dniu wyjazdu likwidowani. Odbierałem do rejestracji urny z ich prochami już w następnym dniu. Pamiętam jeszcze dziś niektóre nazwiska: Robert Chlebik - mój nauczyciel ze szkoły podstawowej, Józef Szczurek - nauczyciel szkoły ćwiczeń przy seminarium nauczycielskim w Cieszynie, Edward Sarmacewicz - komornik sądowy z Włocławka (mieszkałem u jego żony w Cieszynie jako uczeń przy ul. Macierzy Szkolnej 1). Rozmawiałem z nimi w dniu wyjazdu. Wsiadali do tajemniczego autobusu na placu apelowym o godzinie 5 rano. Nie mogłem im nic powiedzieć. Oczekiwałem też na swoją kolejkę w następnych dniach. Byłem w gorszym położeniu. Wiedziałem, że to jest ostatnia nasza podróż z udręczonej barbarzyństwem hitlerowskim ziemi, pięknej wioski Gusen nad modrym Dunajem. Wierzyłem jednak, jak każdy człowiek, w coś nadzwyczajnego, w coś nieuchwytnego. Nie pojechałem. To coś, ta tak zwana gwiazda szczęścia, to była pomoc kolegów: Sommera, Karola Cofały z Chorzowa, Stanisława Nogaja z Katowic.

Przeżyłem śmiertelną kąpiel organizowaną przez znanego wszystkim więźniom SS-mana Jentscha. Udało mi się uciec spod lodowatego prysznica.

Są w życiu człowieka wydarzenia o takiej sile tragizmu, że kto je osobiście przeżył, widział na własne oczy, wspomnienia o nich nigdy się nie pozbędzie. Utrwalone gdzieś (podobno w szarych komórkach) powracają mimowolnie z takimi nieraz szczegółami, jak gdyby odbywały się tuż, tuż może wczoraj, może dziś...

Życie w obozie w Gusen I to taśma filmowa. Każde z wydarzeń utrwaliło mi się jak na kliszy fotograficznej, z drobnymi nieraz szczegółami, z pełną skalą kolorów i doznań zmysłowych, nawet warunków atmosferycznych. Każde ma inną scenerię.

Z koszmarnych epizodów wyskakują i radosne, wiosenne, pełne nadziei na wolność, na powrót do kraju, do swoich, do Polski. Mąci je tylko bolesne uczucie potwornego głodu tamtych dni, miesięcy, lat. A był to głód tak bolesny i tak koszmarny, że zmieniał człowieka w hienę. Tylko w obozie można było ocenić, kto potrafił być aż do ostatka człowiekiem. Tam prysły mity o ludziach z wykształceniem, o ludziach kulturalnych. Tam za porcję chleba zabijał Niemiec Polaka, tam umierał z głodu syn, bo ojciec jego porcję chleba zjadł, by przeżyć jeszcze choć jeden dzień.

Lipiec 1940 roku. Jest piękny, letni dzień. Lekki powiew wiatru znad Dunaju sprawia ulgę zmęczonym i oblanym potem więźniom. Wspinają się z nerwowym pośpiechem po stromym zboczu kamieniołomu. Na pierwszym szczycie wzgórze Kastenholen leży rozległe zwałowisko spiętrzonych granitowych skał. Tu każdy ze skazańców zabiera szeroki głaz i schodzi w kierunku obozu.

Idą pospiesznie. Muszą. Głazy pchają ich w dół. Kamienie są ciężkie. Twardy granit gniecie boleśnie ramiona, kaleczy palce, przecina dłonie. Kapowie popędzają z wrzaskiem. Biją gumowymi wężami. Rozstawieni wzdłuż ścieżki nadludzie z automatami szydzą, śmieją się, wulgarnie urągają. Popisują się niewybrednymi dowcipami o Polsce. Każda wypowiedź upstrzona rynsztokowym słownictwem, zieje nienawiścią do wszystkich i do wszystkiego, co nie jest niemieckie. Ubrani w letnie przewiewne bluzy, z zakasanymi rękawami, prześcigają się w barbarzyństwie. Biją bykowcami. Biją każdego Polaka, Czecha, Niemca kopią, plują. Biją po głowie, przecinają policzki. Więźniowie jęczą z bólu, krwawią, puchną. Padają pod razami. Wypuszczone z rąk głazy podcinają nogi idącym w przodzie. Sieją zamęt i spustoszenie. Więźniowie przewracają się, krzyczą. Leżących na ziemi kopią kapowie. Kopią w brzuch, w twarz, łamią żebra. Robią to samo co umundurowani twórcy nowego ładu w Europie, twórcy nowej kultury, rasowi budowniczowie "Wielkiej Trzeciej Rzeszy". Nagle...

Suchy trzask przecina powietrze. Pada strzał, pada człowiek więzień.

Jeden z esesmanów podszedł do więźnia oznaczonego gwiazdą Dawida. Z obleśnym uśmiechem polecił mu zdjąć z ramion kamień. Nawet udawał, że mu w tym chce pomóc. Potem zdjął mu z głowy bardzo delikatnie czapkę. Czapka była splamiona krwią. Z nieukrywanym obrzydzeniem odrzucił czapkę w bok. Kazał więźniowi iść po nią. Ten poszedł. Schylił się, już miał ją podnieść... Upadł, skulił się i jak kamień potoczył w dół.

Nadczłowiek pociągnął wtedy za cyngiel. Dobrze celował, głodny nie był. Zabił sprytnie, po czym uśmiechnął się. Otrzymał na pewno 3 dni urlopu.

Pamiętam dokładnie te dni. Czasem wydaje mi się, że to był tylko koszmarny sen. A jednak to była naga rzeczywistość. Też nosiłem te kamienie. Bił mnie SS-man, bił też kapo. Mimowolnie dotykam brody. Tak to blizna z tamtych dni. A ten dokuczliwy ból nogi, to pamiątka na całe życie. Też z tamtych dni.

Więzień zginął i potoczył się w dół. Inni idą ścieżką. Też w dół. Na podmokłym placu zrzucają głazy. Bryzga błoto zmieszane ze łzami, ludzkim potem, ludzką krwią. Inni rozbijają skały potężnymi młotami.

Jeszcze inni klęcząc w wodzie, układają je pokaleczonymi rękami. Stoi nad nimi kapo Matucha. Niemiecki więzień, kryminalista, z zielonym trójkątem. Uosobienie wszystkiego, co złe i nieludzkie. Krępy, o twarzy buldoga, z wystającymi policzkami i krwią podbiegłymi oczami. Z bezzębnych ust cieknie brązowa ślina. Żuje tytoń. Spluwa na głowę klęczącego przed nim więźnia Polaka. Opiera się o stylisko łopaty. Ochrypłym głosem bluzga. Złorzeczy wszystkim. Nienawidzi życia. Schyla się. Bierze w zabłocone łapy głaz i ciska nim w więźnia.. Nie trafił. Nie ma krwi. Chwyta za stylisko, podskakuje do tego, dla którego przeznaczony był kamienny cios i bije. Więzień pada w kałużę. Woda barwi się krwią. Kopie leżącego.

Łańcuch tragarzy sunie obok. Kamienie stukają. Bryzga błoto. Żywy łańcuch pęka. Metaliczny dźwięk szyny zawieszonej na drągu obwieszcza zbiórkę. W stal bije młotkiem starszy obozowy (Lagerälteste) Kammerer. Elegant. Czapka fantazyjnie naciągnięta na kretyńskie czoło. Pasiak skrojony na miarę, ozdobiony emblematem władzy. Na czarnym tle biały napis. Jest rosły, tęgi, muskularny. Na nogach lśniące lakierki. W lewej ręce trzyma bykowiec. Bije z namysłem i rozwagą. Szczyci się swoją siłą. Po każdym uderzeniu wodzi w koło oczami. Szuka aprobaty u podobnych sobie. Bieda, jeżeli po uderzeniu więzień nie zawyje z bólu lub nie upadnie. Wtedy wpada w szał i bije bez szablonu. Zabija z zimną krwią. Ulubioną jego rozrywką jest wyrywanie zębów więźniom.

Przy takiej zabawie siada sobie na krześle. Ofiara stoi przed nim. Na jego polecenie trzyma w zębach ręcznik. Starszy obozowy rozmawia sobie przyjacielsko ze skazańcem i od niechcenia bawi się zwisającym ręcznikiem. Ofiara milczy. Ręcznika nie śmie wypuścić z ust. Nagle rzeźnik Kammerer szarpie gwałtownie ręcznikiem. Ten wypada. Zęby wypadają też wraz z kawałkami poszarpanych dziąseł. Oprawca śmieje się. Ofiara wyje z bólu i dusi się własną krwią.

W taki sposób wyrwał zęby warszawskiemu architektowi, Żydowi Feferowi. Zamiast ręcznika musiał trzymać w zębach gumowy pas. Po czterech dniach chorego Fefera zabił Bawarczyk Hans Kammerer drewnianym kołkiem i kopnięciami w brzuch, koło 16 bloku.

Apel trwa krótko. Stan się zgadza. Policzono dokładnie żywych i równie dokładnie zabitych. Chwila uwagi. W tył zwrot i na bloki marsz. Najprzyjemniejsza komenda wżyciu obozowym.

Przed każdym blokiem stoją rzędem kotły, Ślina cieknie na ich widok .Żołądek sprawia ból. Więźniowie ustawiają się w kolejkę. Każdy z miską, którą zabrał pospiesznie z półki. Blokowy trzyma w ręku kielnię. Jedną nogę oparł o brzeg kotła i trzyma w napięciu. Widocznie też kiedyś był głodny. Umie się znęcać. Niezły psycholog. Powoli, z grymasem zdejmuje nogę i ceremonialnie oddziela porcje.

Robi to z namaszczeniem i wlepia chciwe ślepia w każdą porcję. Podnosi kielnię, lecz nie wlewa zupy do podstawionej miski więźnia. Woła swojego sługę. Podbiega elegancik z miską. W chochli był kawałek mięsa. Na gładkiej buzi chłopaczka pojawia się panieński rumieniec. Pan blokowy przymilnie się uśmiecha. Więzień, czekający przy kotle na tę właśnie porcję, przewraca oczami, jakby chciał wszystkie moce tego świata wezwać na pomoc. Daremnie. Za stary.

Od czasu do czasu uderza blokowy w pochyloną głowę. Jeden z więźniów po uderzeniu pada. Już na tej ziemi żadnego obiadu jeść nie będzie. Pękła czaszka. Blokowy Gruber zabił w ten sposób nie znanego mi z nazwiska więźnia. Po wypadku spokojnie nalewał skrwawioną chochlą zupę.

Więźniowie bloku 16 chlipią bardzo szybko cuchnący wrzątek. Spieszą się. Myją już miski w czystej zimnej wodzie górskiej. Wiele do mycia to tam znowu nie ma. Prawie każdy wylizał miskę. Głód to okropne uczucie. Zmącona woda wpada w drewniane koryta, a stąd spływa do brudnej sadzawki o głębokości około 2 metrów. Dół opróżnią w późniejszych godzinach więźniowie narodowości żydowskiej, tzw. kompania karna (Strafkompania). Okala go wał z gliny, wysokości około 30 cm. Jeden z więźniów cofając się, potyka się o wał i wpada w brudną wodę. Widzi to blokowy z baraku nr 15. Jak pantera skacze z okna i już stoi nad ofiarą. Wyje z radości. Już nie pozwoli więźniowi wydostać się z wody. Ten jednak robi wszystko, aby się wygrzebać. Próbuje z jednej, próbuje z drugiej strony. Niestety. Nad bajorem szybko zbiera się doborowe towarzystwo. Sami zieloni. Zbiegli się jak sępy na żer. Podnieca ich to widowisko. Jest tu izbowy Handlos, jest kapo czeski Aleks, jest kapo Wochning, jest Weidemann i Franz Beuth. Jeden jedyny blokowy, Austriak Kokesch, chce obronić topielca. Tamci nie pozwolą. Odchodzi bezsilny. Zmartwienia nie zdradza. A więzień zanurzony po szyję w zimnej wodzie, błaga o litość. Nie zna jeszcze stojących nad nim. Wierzy, bo myśli jeszcze jak człowiek. Chwilami krzyczy, woła o pomoc. Uśmiecha się nawet. Potem wodzi błędnym wzrokiem i skamle o życie. Domyśla się, miota nim przerażenie. Chce zaczepić dłoń o wał. Wystawia rękę. Natychmiast zgniata mu ją ktoś obcasem. Słychać chrzęst łamanych palców. Osaczony wyje z bólu, jęczy. Zwyrodnialcy śmieją się i pokrzykują, by się zanurzył. Ofiara zna język niemiecki. Zanurza się na moment, wynurza, otwiera oczy i patrzy ciekawie wokoło. Łapie powietrze. Łudzi się widocznie. Ktoś uderza go drewnianym drągiem po głowie. Skóra pęka na czaszce, krew spływa po twarzy, kapie z nosa i spływa bokami w kąty ust. Widok makabryczny i wstrząsający zarazem.

 Z szykiem i podniesioną głową zjawia się na brzegu Franz Beuth (wtedy nie znałem jeszcze jego nazwiska). W ręce trzyma wiaderko po marmoladzie. Ładne, czyste, blaszane i lśniące w promieniach południowego słońca. I uchwyt z drutu też lśni. Nachyla się nad okrwawionym i wsadza mu z namaszczeniem wiaderko na głowę. Naciska z góry pomaga sobie deską. Kładzie deskę na dno i staje triumfalnie na niej. Deska wygina się, wiadro idzie pod wodę, która bulgocze. Nie widać jednak krwi. Bańki powietrza wyskakują z lustra zmąconej wody i pękają. Podobne do tych, które jako dziecko wydmuchiwałem z mydlanej wody. Wiaderko drga. Przechyla się na boki. Deska nie puszcza. Znika pod wodą. Jeszcze parę baniek...

Tak zginął nauczyciel szkoły ćwiczeń przy Seminarium Nauczycielskim w Cieszynie, Józef Fielek.

Anielin Fabera



(Źródło: Kalendarz Górniczy Kopalni "Ziemowit" 1986, red. Alojzy Lysko ; http://www.pzsledziny.org/strony/wspomn.htm) 



 
Advertisement
Joomla School Template by Joomlashack
School Joomla Templates and Joomla Tutorials