Klub Katowice PDF Drukuj


Józef Żmij

Relacja byłego więźnia z wyjazdu do Gusen w roku 1960, z okazji 15 rocznicy wyzwolenia KL Gusen


 



Ilustrowany Kurier Polski nr 74, 29.03.1961

Nad szarym Dunajem

Zmij
Józef Żmij (rys. Bim)

    W obecnie toczącym się w Ansbach (NRF) procesie b. komendanta obozu koncentracyjnego Gusen &‐ Chmielewskiego, jednym z głównych świadków oskarżenia był JÓZEF ŻMIJ z Katowic, o którego zeznaniach „Frankfurter Allgemeine Zeitung” pisała, że były złożone „z naukową precyzją i ścisłością historyka”.
    Poniżej drukujemy interesujące relacje Józefa Żmija z jego pobytu w Gusen.

REDAKCJA




 

    Koszmarne lata minionej okupacji, a przede wszystkim bestialstwa popełnione w niewoli hitlerowskiej wgryzły się w pamięć jak rdza i codziennie przesuwają się przed oczami niczym najbardziej makabryczny film. Do miejsc kaźni otaczanych normalnie czcią całej ludzkości zdążają pielgrzymki młodych i starych, a szczególnie bezpośredni uczestnicy tych przeżyć, by złożyć hołd współtowarzyszom, którzy zginęli i przypomnieć ludzkości w jak najbardziej zrozumiałej formie, że dramat 1939-1945 roku powtórzyć się nie może.

    W takim to celu wyjechała delegacja b. więźniów politycznych – pod auspicjami Zarządu Głównego ZBOWiD – do Mauthausen-Gusen. Pogoda wspaniała. Dobre drogi. Autokar „ORBISU” pokonuje przestrzeń bez widocznego zmęczenia. Przed przekroczeniem granicy polsko-czechosłowackiej nocujemy w Bielsku-Białej, by nazajutrz wyruszyć wprost do Wiednia. Odprawa celna w Cieszynie poszła sprawnie. Rejestrujemy posiadaną gotówkę, stosunkowo sporo aparatów fotograficznych oraz „Szarotkę”, która towarzyszy nam z Warszawy i łapie radiostacje, które zbliżają się do jej zasięgu. Ruszamy i zatrzymujemy się dopiero w Brnie na krótki postój. Następny skok to już granica austriacka. Powtarza się ta sama procedura jak w Cieszynie, lecz w bardziej uproszczonej formie, bo w ogóle nie wysiadamy i po odfajkowaniu uczestników w spisie, ruszamy do Wiednia. Hotel „BAWARIA” przygotowany. W sobotę zwiedzamy miasto.

    …I oto – po 15 latach – znów jesteśmy w Gusen. Nie ma tu już baraków więźniarskich ani koszar esesmańskich, natomiast bujnie rosną chwasty, przypominające dżunglę. Część terenu obozowego zabudowana jest domkami jednorodzinnymi. Są tylko resztki pieca krematoryjnego, nakryte prowizorycznie blachą. Blok stoi niby symboliczny pomnik, niewiele większy od kamienia kilometrowego przy pierwszej lepszej drodze. Leżą na podmurówce szczątki stołu kamiennego, który został tu przewieziony z nieistniejącego już prosektorium – stołu obtłuczonego ręką wandala i niewiele przypominającego, jakie było jego przeznaczenie wzgl. do czego służył. Dla mniej wtajemniczonych przedstawia płytę i trudno byłoby o skojarzenie tej ruiny z osoba nieżyjącego już rektora Akademi Wychowania Fizycznego w Poznaniu – dr Feliksa Kamińskiego, któremu stół ten służył do przeprowadzania wielu tysięcy nakazanych sekcji zwłok, bynajmniej nie w celach rozpoznawania istotnych przyczyn zgonów, bo to było najzupełniej obojętne, lecz po to, by szukać zmian patologicznych w kościotrupach, wykroić odnośne części oraz zakonserwować dla celów naukowych Akademii Lekarskiej w Grazu, dokąd odpowiednio dobrane eksponaty były regularnie odwożone. Przyjeżdżała sanitarka i zabierała je w słojach lub stanie wysuszonym wzgl. odpowiednio spreparowanym. Z tym stołem kojarzą się wspomnienia o skórach ludzkich, tatuowanych, które poszły na abażury do lamp esesmańskich, torebki damskie – a jeżeli już bez tatuażu, to pod napisy np. tej treści:

„My… (tzn. członkowie SS) nikogo się nie boimy,
Nam wystarczy, że NAS się wszyscy boją!
                                                            Von EICKE”.

    Taka dekoracja ścian gabinetów wodzów plemienia SS stanowiła szczyt elegancji.
    Ileż jescze innych wspomnień makabrycznych gromadzi się, gdy stoimy obok szczątków krematorium. Na tych kilku metrach kwadratowych nie ma już śladu szubienicy ani strzelnicy, gdzie wieszano i rozstrzeliwano więźniów, a następnie zacierano piaskiem strugi krwi. Stąd zabierano popioły ludzkie do podsypywania esesmańskich placów sportowych. Tu chorzy niepracujący więźniowie tzw. muzułmani grzebali w żarzących kościach ludzkich i podpiekali zorganizowane kartofle, by zaspokoić głód itd. itd. Ból ściska serce, że ten skrawek ziemi, stanowiący jak gdyby kulminacyjny punkt kaźni, okrągło licząc 38 tysięcy męczenników, bliski jest kompletnej zagłady, bo jeszcze rok lub dwa i wszelki ślad będzie zatarty. Do tego miejsca zbliża się zabudowa domków jednorodzinnych. Tu delegacja nasza składa wieniec, oddajemy hołd pomordowanym, a myśli nasze pracują na coraz szybszych obrotach. Wreszcie żegnamy to miejsce i oddalamy się rozgoryczeni. Zwiedzamy resztę terenu poobozowego, dziś zespolonego z kombinatem kamieniołomów Gusen, Kastenhofen, Pirchbauer i jak tam się jeszcze nazywały. Przechodzimy obok Schottersila (łamacz brył kamiennych) – wyszabrowanego i nieczynnego. Jest wśród nas autor projektu, b. więzień inż. Wiesław Drozd. Robi zdjęcia. Wszyscy wspominają o morderczej pracy i licznych ofiarach, jakie pochłonęło kopanie fundamentów 9-metrowej głębokości. Do wykopanego dołu wpędzano więźniów „inwalidów”, by wydobywali ciężkie bryły kamieni, z którymi zmagali się pod górę po to, by za jednym kopnięciem znaleźć się wraz z kamieniem z powrotem na dnie dołu. Po niewielu tego rodzaju zmaganiach już nie żyli. Po niechybna śmierć ganiał tych nieszczęśliwych b. esesman i starszy obozowy Helmut Becker z Hamburga, straszliwie ich katując i – jak gdyby w nagrodę za to – sam zginął w obozie śmiercią haniebną, na jaką zasłużył. Odświeżając te wspomnienia idziemy dalej. Kamieniołomy są czynne. Przysłużyła im się odkrywka wzgl. zdjęcie ziemi grubości około 8 m wykopana praca niewolników. Sposób eksploatacji skał zmienił się. Nie ma eksploatacji ścianowej, bo eksploatuje się kompleksowo. Od 15 lat zamilkły wołania: „baczność, spadochroniarz leci!”, co oznaczało tyle, iż któryś z niewolników rzucił się w celach samobójczych w dół i – rzecz jasna – zginął. Znikły zapasy kamienia ciosanego, wartości wielu milionów marek. Zapasy te gromadzono już od 1940 r. na zbudowanie „pomników zwycięstwa” Trzeciej Rzeszy, która miała zapanować nad światem. Wśród naszej delegacji powstały wątpliwości, co i gdzie stało oraz gdzie kto wykonywał pracę niewolniczą. Baraków steinmetzerskich nie ma. Barak kombinatu zmienił się dość radykalnie.

Józef Żmij


 

Ilustrowany Kurier Polski nr 75, 30.03.1961

Nad szarym Dunajem


(Dokończenie)

    Natomiast nie zmieniła się firma „DEST” (Deutsche Erd- und Steinwerke Gusen), z siedziba w ¨‐Berlinie. Nie zmienił się kierownik firmy Wolfram, który jako ultra-esesman w randze Hauptsturmfuehrera SS po odsiedzeniu 10 lat więzienia powrócił na swoje stanowisko i działa, dojeżdżając tu aż z Berlina. I jak działa? Parceluje teren obozowy i sprzedaje każdą parcelę pod budowę domków jednorodzinnych, co w praktyce oznacza to samo, co zacieranie śladów kaźni, w której zginęło dziesiątki tysięcy więźniów-niewolników różnych narodowości, w tej liczbie ponad 22 tysiące Polaków. O zacieraniu wszelkich śladów owych koszmarnych czasów świadczy dobitnie fakt, że teren obozu Gusen II stanowi już bez reszty osiedle domków jednorodzinnych, natomiast Gusen I częściowo stanowi jeszcze dżunglę, wśród której wyrosły już domki i zabudowa postępuje naprzód. Tempo zabudowy nie jest jednak takie, aby zadowoliło Wolframa, bo na parkanie przydrożnym czytamy takie ogłoszenie wydane drukiem.

„Bauparzellen zu verkaufen. Auskunst erteilen
Deutsche Erd- und Steinwerke Gusen”,


a więc Wolfram, czyli ta sama kanalia hitlerowska, która 15 lat temu gnębiła więźniów-niewolników, podszczuwała kierownictwo obozu, robiła donosy „wegen notorischer Faulheit” (za notoryczne lenistwo), za co sypały się kary cielesne.
    Nie od rzeczy będzie wspomnieć, że teren obozowy Gusen w 1939–1940 r. został wydarty obywatelom austriackim, którzy bronili się, ale byli bezsilni, bo DEST była firmą esesowska z Himmlerem na czele i, jak się okazuje, taka pozostała. Dziś ta sama firma parceluje i sprzedaje to, co 20 lat temu zagrabiła przemocą. Można bez cienia przesady stwierdzić, że Wolfram zabija dwie muchy za jednym zamachem, bo zgarnia pieniądze z parcelacji oraz zaciera ślady kaźni hitlerowskiej. Trudno byłoby posądzić DEST o brak premedytacji. Z naszymi spostrzeżeniami dzielimy się z ministrem Rusinkiem i wskazujemy na brak poszanowania skrawka ziemi obficie zroszonej krwią i przypieczętowanej życiem wielu tysięcy istnień ludzkich. Na to otrzymujemy odpowiedź, że rząd austriacki zgodził się utrzymać pod ochroną konserwatorską teren obozu macierzystego Mauthausen, natomiast odmówił podobnej zgody dla terenów wszelkich podobozów, czyli przesądzony jest los Gusen I, nie mówiąc o Gusen II, który praktycznie przestał istnieć.
    W pobliskim St. Georgen, gdzie niewolnikami wybudowano i wyposażono pokaźne osiedla mieszkaniowe dla esesmanów, czeka nas inna niespodzianka. Nie ma już esesmana Kluge, którego przypominamy sobie, jako Arbeitsdienstfuehrera i wszędobylskiego kata, który wżenił się do rodziny dostawcy mięsiwa (raczej gnatów) dla obozu. Papa dostarczał, a zięć Kluge odbierał dostawy i płacił za nie. Okazało się, że rodzinka nie lubiła podobnych odwiedzin jak nasze i wyemigrowała do NRF, a jej posiadłość przeszła w obce ręce.
    Jeden z naszych kolegów, dr Władysław Gębik z Olsztyna korzystając z okazji wpadł na krótką chwilę na teren zamczyska „Ruine Luftenberg”, gdzie w czasie niewoli pracował w komendzie wykopaliskowej, zwanej pogardliwie „Knochen – sammler” (zbieracze kości).
    W drodze powrotnej w Grazu nad „pięknym modrym Dunajem” obiad. Po drodze zwiedzamy jeszcze potężne zabudowania klasztorne, do których przylega winiarnia. Zbliżamy się do Wiednia, lecz na 18 kilometrze przed wjazdem do miasta blokują nas samochody osobowe czterema rzędami. Stoją. My też stoimy już pełną godzinę i ani rusz. Zaczynamy już stawiać na spryt naszego „wodza” Janusza Tarasiewicza, który decyduje się na interwencje w policji drogowej. Argumenty chwyciły. Zmotoryzowany policjant z wszelka uprzejmością wyprowadza nasz autobus z gąszczu pojazdów i przy pomocy sygnałów toruje nam drogę, wskazując ręką, że mamy za nim jechać. Podprowadził nas co najmniej 8 km i znikł, bo mogliśmy teraz jechać bez przeszkód. W duchu jesteśmy wdzięczni policjantowi, a koledze Januszowi bijemy brawa. Ten przypadek uświadomił nas, jak ciężki jest problem komunikacyjny w Wiedniu, który liczy 200 tysięcy pojazdów osobowych, koczujących stale na zatłoczonych bocznych ulicach, nie wyłączając Sobieski-gasse. Problem garaży nierozwiązany.
    W Wiedniu oczekiwała nas trójka znanych b. więźniów austriackich Karl Rohrbacher, Franz Cihal i Franz Leonhardt. Rohrbacher jak zawsze w dobrym humorze. To spotkanie uczczone zostało lampką wina.
    Reszta czasu w Wiedniu poświęcona była zwiedzaniu miasta, a więc dzielnicy reprezentacyjnej, znanej z komfortu, a jeszcze lepiej od strony słonych cen. Zwiedzamy pałac cesarski i wspaniały park, Belweder, sporo zabytków i pomników, słynny Prater, Kahlenberg i nie omijamy także Grinzigu. Po zakup udaliśmy się do dzielnicy tańszej tzw. Słowiańskiej. W drodze powrotnej do kraju pilotuje nas na przestrzeni około 60 km wóz Leonhardta z Rohrbachem i Cihalem. Za szybą mają napis: „Niech żyje Polska – Auf Wiedersehen!”. Jeszcze jedno pożegnanie i jesteśmy na ziemi czechosłowackiej. Nocujemy w Brnie. Tu zwiedzamy miasto i okolicę oraz słynna twierdzę zwaną Spielberg. Wieczorem mamy spotkanie z kolegami obozowymi prof. dr Podlahą, jego małżonką (też więźniarką) i synem, dr Hawlikiem i innymi kolegami. Nazajutrz wyruszamy z Brna do Warszawy z małą przerwą obiadową w Katowicach.
    Trzeba przyznać, że wycieczka była przygotowana starannie i przebiegała według programu. Wszyscy uczestnicy byli zadowoleni. Jeżeli u uczestników b. gusenowców pozostał osad goryczy spowodowany warunkami zagłady obozu Gusen, to zupełnie niezależnie od programu oraz naszych władz krajowych. Myślą przewodnią i słuszną była, iż to miejsce katorgi zostanie odpowiednio zabezpieczone i poddane opiece konserwatora dla uczczenia pomordowanych i przestrogi żyjących. Tą koncepcyjną myśl, której autorem w rozmowie z niżej podpisanym był zamordowany przez Fritza Seidlera więzień austriacki dr Jan Gruber z Linzu, wobec stworzonych, wyżej opisanych faktów należy uważać za ostatecznie pogrzebaną. Na prochach męczenników mieszkać będą domkowicze, w ich ogr&´dkach rosnąć będzie marchewka, sałata i pomidory, a hitlerowiec Wolfram już teraz ma powód do szyderczego uśmiechu i zacierania rąk.

Józef Żmij


 

 

 

´

 
Advertisement
Joomla School Template by Joomlashack
School Joomla Templates and Joomla Tutorials